| Przygody (w)spinacza biurowego |
| 08.09.2009. | |
|
I zaczęły się moje wymarzone trzy dni! Nic to kilogramy zmienionych pieluszek i nieprzespane ostatnio noce. Wsiadamy w trojkę do auta, zatrzaskujemy drzwi i już jest świetnie – nic złego się nie może zdarzyć…
No prawie nic. W końcu wybuch turbiny w dieslu nie jest aż taką rzadkością. Poza tym, wleczemy się mijani przez prawie wszystkie tiry, jedynie dwieście kilometrów. W drugą stroną będzie za to tysiąc dwieście kilometrów z górki – w końcu będziemy wracali z gór… Jako PRAWDZIWI ALPINIŚCI wstajemy naturalnie w środku nocy. To, że obchodzimy wszystkie ścieżki poza tą właściwą, nie ma żadnego znaczenia. W końcu można poczekać, aż zrobi się jasno i znaleźć wejście w drogę. A ta godzina-półtorej, które mogliśmy sobie przespać? No bez przesady! Co oni tak na mnie się patrzą? No w końcu nie mówiłem, ze aż tak dobrze znam podejście. Pospać mogli sobie w domu… Wejście w drogę idealnie jak w schemacie. Wszystko w tym schemacie zresztą zaznaczone. Nawet więcej niż wszystko. Są rzeczy, których w ścianie jakoś nie możemy znaleźć a w schemacie zaznaczono. Ale to pewnie wina ściany. Choć jakby dobrze się przyjrzeć… No tak – w końcu jakoś idzie. Muszę się tylko lepiej wstawić w to dziwnie kruche zacięcie, którego tu nie powinno być. I lepiej klinować w tej łatwej rysce, która jest jakby inna niż powinna i jakby niezbyt łatwa…
OK. Moja szychta skończona. Po znalezieniu właściwej drogi (właściwej???), mogę nonszalancko rzucić: „No dobra chłopaki, w końcu też musicie coś poprowadzić. Jakbyście nie dawali rady, to mówcie, chętnie jeszcze pociągnę”. I kulę się w sobie wlekąc się na drugiego, a jeszcze lepiej na trzeciego – bo wtedy nikt nie widzi mojej zbolałej miny. Może spadnie deszcz? Albo zgubimy się w ścianie? O, to! To! Właśnie chyba się nareszcie gubimy! W końcu ile wyciągów z rzędu można bawić się w te zgadywanki. Zadanie nr 1: „Znajdź dwie wspólne cechy schematu z wyciągiem który właśnie robiliśmy”. Zadanie nr 2 : „Wskaż, czy jesteśmy na wyciągu 8 czy 11?”. Normalnie – Mission Impossible. No i dobrze. Wygląda w końcu, że mam w Błażeju sojusznika w sprawie małego, cwanego wycofiku. OCZYWIŚCIE HONOROWEGO. W końcu schemat jest winny! My chcieliśmy do góry! „OK Radar, spróbuj jeszcze jeden wyciąg. Może się coś wyjaśni.” Nie no – nie jestem hipokrytą! Niech się chłopak powspina i zjedziemy. Przecież niczego tam nie znajdzie. „No dobra, już dobra. Zrób jeszcze jeden wyciąg!”. Czy on nie przesadza?!
I jeszcze kilka wyciągów. I nawet zaczynam sobie myśleć, że to wspinanie nie jest takie złe. Zwłaszcza, że to Radar robi najbardziej pokręcone wyciągi, co to nie da się na nich chwytów znaleźć, ani stopni. Nagle jak nie pierdyknie! No nie no! Deszcz w takim miejscu... Tak parę wyciągów niżej to git. Wycofik mały, cwany. Ale stąd? Toż to niebezpieczne!!! Kulimy się w sobie i czekamy. Co by tu zrobić, żeby nic nie robić i żeby było dobrze. I bezpiecznie, naturalnie. Ale tak to się pewnie nie da… Deszcz jakoś tak ni stąd ni zowąd sobie znika i musimy się męczyć dalej. A tu późno już i nie chce się za bardzo. „Kibel to”, „Kibel tamto” w kółko gadamy o jednym, aby czas jakoś szybko umknął i by nie było trzeba się wspinać do końca. No bo jutro będzie futro. Co masz zrobić dziś – zrób jutro. I tak gadając o kiblu i trochę się wspinając stwierdzamy nagle, że grań blisko, a im bardziej szaro, tym mniej się na ten kibel ma ochotę. I coś z tego braku ochoty zaczynamy się coraz szybciej wspinać. Już prawie jak prawdziwi alpiniści. Tacy z brodami i baaaardzo szybcy. Zwłaszcza Błażejek. Jesteśmy zupełnie nie jak my wcześniej! A teraz na grani rozwiązujemy się i chowamy szpej do plecaków. I robimy takie pewne siebie miny. Że niby nie było tak trudno. No i że luuuzik. Lubię ten moment we wspinaniu. Taki człowiek męski wtedy jest i silny. Ach!
No i wreszcie jesteśmy na lodowcu. Nieważne, że w deszczu zrobiło się lodowisko i że w naszych adidaskach leziemy jak ofermy. Przecież to maksimum pól godziny. I będziemy w super schronie w suchych łóżeczkach. A wcześniej wypijemy browarka i zjemy gulaschzuppe. Po coś w końcu się zarabia te pieniąchy… Wchodzimy do schronu, przybijamy piątki. To jest to. Najlepsza chwila! Tylko gdzie ten skubany chatar? Zamknął się w swojej kanciapie? Dwadzieścia minut po ciszy nocnej? Nie ma wody, koców, a wolne łóżka są tylko w zamkniętym pokoju??? „Wystarczy zapukać do pokoju chatara!” mówi jakiś miły Austriak (nic dziwnego, że miły w końcu ma swoje łóżko, koc i się już nażarł i nażłopał browara). Wystarczy zapukać??? To sobie popukaj, piętnaście minut takiego walenia obudziłoby trupa. Co za kraj. Co za ludzie… Nic to, że śpimy na twardych jak kamień ławkach w jadalni. I że cokolwiek zimno w tym schronie, a w gębie sucho. Ile w końcu taka noc może trwać? Jutro zjeżdżamy kolejką do naszego milutkiego, cieplutkiego i suchutkiego samochodu. No, może nie będzie to najszybszy przejazd Austria-Polska, ale gdzie nam się w końcu spieszy? Jak wrócimy do Poznania, będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby sobie całą historię przejścia poukładać. W tej HISTORII (już nie historii) będziemy silni, szybcy i odważni. A droga będzie łatwa – oczywiście łatwa tylko dla nas. A nawet zdecydowanie dla nas ZBYT łatwa.
Edek
28.08.2009 r. w udało się nam (tj. Błażejowi Cerance, Robertowi Pruskiemu [vel RADAR] i Marcinowi Woźniakowi [vel EDEK]) przejść drogę Serpentine na pd. ścianie Hocher Dechstein (25 wyciągów, 6+, OS). Niezależnie od powyższego opowiadania, drogę GORĄCO polecam. Fajna, bardzo ciągowa przygoda. Służę schematem ;) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|