Klub Wysokogórski w Poznaniu
Advertisement
Start arrow Czytelnia arrow Artykuły arrow (W)spinacz biurowy i Grandes Jorasses
(W)spinacz biurowy i Grandes Jorasses
26.02.2010.

 20100225_jorasses1No i w końcu, po pięciu próbach, rozciągniętych na pięć lat, zrealizowałem największą moją wspinaczkową obsesję – przejście północnej ściany Grandes Jorasses. W połowie lutego w zespole z Rafałem „Waldorfem” Zającem, przeszedłem po bohaterskiej walce, drogę o jakże optymistycznej nazwie Całun. Doprowadziłem tym samym w mojej wieloletniej walce z tą złowieszczą ścianą, do stanu 1 do 4, mając nadzieję, że bilans ten wkrótce poprawię.

Ładnie napisane – krótko i po męsku. Teraz powinienem dodać w kilku prostych, żołnierskich zdaniach, jak było trudno, zimno i niebezpiecznie. I jaki to byłem twardy. Ale niestety nie dodam. A co więcej, przyznam że niewiele ze zdań powyżej jest do końca prawdziwych. To znaczy, i owszem – przeszedłem północną ścianę Żorasów, zrobiłem to za piątym podejściem, ale poza tym to tra-ge-dia. I to tragedia trwająca całe pięć lat…

 

 

Pierwszy raz był nawet zabawny i stosunkowo mało tragiczny. Po moim pierwszym zimowym wyjeździe w Alpy (będącym zarazem drugą wspinaczką zimową), mój ówczesny partner i mistrz w jednej osobie – Pany, uznał że świetnie daję sobie radę i za rok jedziemy do Szamoniowa na coś poważnego. Nie chcąc się wymądrzać, oczywiście przyznałem mu rację i cierpliwie odczekałem ten rok, szykując zaciekle formę. Kiedy nastał czas, Pany kazał kupić mi tuzin ruskich Irbisów, parę metrów repa i zjawić się w określonym dniu i miejscu.

Kiedy podjechałem i wsiadł do samochodu, oznajmił mi, że po wielomiesięcznych rozważaniach, uznał iż godnym nas celem może być jedynie Całun na Jorassach. Ścianę widziałem rok wcześniej, delikatnie zgłosiłem więc wątpliwości. „Niczym się nie przejmuj! Musisz tylko popylać za mną i wykręcać śruby! Reszta to pikuś!” Skoro PANY tak mówi – znaczy tak musi być! Od tej pory przestałem się dziwić. Nie zadziwiła mnie nawet wkrętarka akumulatorowa marki TOYO, którą Pany postanowił przerobić na zasilane trzema płaskimi bateriami Testowe Urządzenie Prototypowe do Wkręcania Irbisów. Lód w Alpach bywa mało alpejski (czytaj: piekielnie twardy), a historia dzieje się przed erą używania w Polsce nowoczesnych śrub, które wkręca się trzema ruchami i takoż wykręca. Skonstruowanie odpowiedniego urządzenia i zakup specjalnego wiertła o średnicy zbliżonej do Irbisów, wcale nie wydawało mi się więc tak dziwne. „Jak wyczerpią się baterie, będziemy już wysoko” rzucił Pany, uśmiechając się łotrzykowato. „Wtedy wkrętarki się pozbędziemy – biorąc pod uwagę producenta, mała strata”. No cóż – Pany ekologiem nigdy nie był. Kiedy więc, po kilku godzinach motania baterii do wkrętarki, Pany uznał, że nie wiedzieć czemu ustrojstwo nie działa, rozczarowałem się szczerze. Taki piękny plan…

Dopiero przebiegnięcie Kuluaru Chere na Taculu, nie wiedzieć czemu poprawia nam humor. Z wielkimi nadziejami podchodzimy pod Żorasy. W Całun wbijamy się oczywiście za późno, bo koło dziewiątej rano. Sądząc, że warunki są zarąbiste, walczymy z megatwardym, suchym lodem ponad siedemnaście godzin. Dopiero po jakiś trzech czwartych drogi załapaliśmy, że 750 metrów, o których mowa w przewodniku dotyczy przewyższenia, a nie długości drogi. A warunki lodowe są raczej do dupy. Trzeba zjeżdżać. Akcja schronisko – ściana – kolejka Montenvers, zajęła nam 36 godzin w non-stopie i nauczyła, że jak się nie ma siły, to robi się wycof szybciej. Dziaby na jakiś czas chowam głęboko w szafie.

20100225_jorasses2

Trzymając się zasady: „Jak cię wywalą drzwiami – wróć oknem”, pod Żorasy wracamy jednak z Panym już pół roku później. Wymyśliliśmy, że po lecie lód musi być bardziej miękki i da się z naszymi Irbisami powalczyć. We wrześniu meldujemy się zatem znów w ukochanym Chamonix i… to by było na tyle. Najpierw cztery dni zlewy bez chwili przerwy, na campingu na dole. Potem podły chatar schronu Leschaux, który z żabowatym akcentem oznajmia przez telefon, że wprawdzie Całun zaśnieżony, ale Mały Całun – owszem, superwarunki. Wgramolamy się zatem do Leschaux, a warunków ni chu-chu. Żabojad oczywiście nie przypomina sobie naszej rozmowy. Człapiemy w głębokim śniegu w żenującym tempie pod drogę wychodzącą na Grań Jaskółek zupełnie z lewej strony ściany. Byle zrobić cokolwiek. Oczywiście i tu panują warunki jak w Tatrach po oberwaniu chmury śniegowej. Po trzech wyciągach lanujemy w dół. Żabojad po powrocie do schronu patrzy na nas z politowaniem. Masakra.

Trzeci raz wybieram się pod Żorasy po dłuższej przerwie. Tym razem zjawiam się z zamiarem uderzenia na Całun na początku listopada, naczytawszy się, jakie to super warunki były na Żorasach cały wcześniejszy miesiąc. Jako, że od tego czasu popadał śnieg, bierzemy z Kaziem skitury do auta. Jedziemy całą noc i nad ranem parkujemy w Szamonickich skałkach, aby się chwilę kimnąć. Ponieważ mało w aucie miejsca na kimanie, narty lądują pod samochodem. Kilka godzin później ruszamy oczywiście bez nart. Kto by tam pamiętał, jak góry czekają? Kiedy załapujemy, że brak nart i wracamy pod skałki – oczywiście ani śladu czegokolwiek. Przez tą godzinę w niedzielny poranek mogło tam przechodzić może kilkanaście osób, ale jak skutecznie przechodzili! A mówi się że w Polsce złodziejstwo!

Biorąc pod uwagę warunki – odpuszczamy, bo bez nart pod Jorassy nie dojdziemy z buta. Byłbym kompletnie załamany, ale Kaziu pociesza mnie swoją historią sprzed roku. Jechał z niejakim Stachem też na Całun, ale po drodze 1) zapomnieli dokumentów auta i policjant ich cofnął spod samej granicy 2) wracając po dokumenty zaliczyli wypadek samochodowy 3) jazda zapasowym wozem do Szamoniowa zajęła im kolejne 48 godzin 4) okazało się, ze tramwaj na Montenvers oczywiście nie jeździł i 5) zaczął jeździć, jak byli 100m od górnej stacji, a wreszcie 6) Kaziu wpadł do ostatniej szczeliny na Mer de Glace i złamał kilka żeber. Pomyślałem sobie – może rzeczywiście Kaziu nie powinien jechać pod tą cholerną ścianę…

20100225_jorasses3

Kolejny raz przypadł również na jesień. W październiku sprawdziłem dosłownie wszystko. Warunki, pogodę i co tam jeszcze. Wraz z Rutkiem rozgrywamy wszystko niemal perfekcyjnie – super sprzęt, wzorcowa aklimatyzacja na Midi, zjazd na dół aby odpocząć i już na górę. Tu wprawdzie mały zong, bo tramwaj na Montenvers oczywiście znów nie jeździ – ale co tam! Wchodzimy z buta i dzwonimy do kumpli po prognozę. Idealna! Już czujemy się pogromcami Żorasów, kiedy oczywiście idealna pogoda zmienia się w kilkugodzinną śnieżycę z jasnego nieba. Tym razem JESTEM załamany. Ściana zaśnieżona i kiedy rano znów wschodzi słońce – możemy co najwyżej zawrócić na pięcie spod ściany. Sam już nie wiem, co sobie o tym myśleć. Może nie tylko Kaziu dostaje znaki z nieba?

I tu dochodzimy do piątej próby na Żorasach. Czując się Mocnymi Wspinaczami, decydujemy się na pięciodniowy wyjazd do Chamonix i szybkie przejście Całunu, bez robienia aklimatyzacji. Pomimo siarczystego mrozu wszystko idzie zgodnie z planem. Aż dochodzimy do szczeliny brzeżnej. Szczelina okazuje się wieeelka! Po długim zastanowieniu i odbiciu w bok o ponad stoi metrów, okazuje się że w drogę wchodzimy dopiero po ósmej. Kolejne trzy wyciągi robimy do godziny jedenastej! Sam nie wiem jak udaje się przebiec kolejne kilkaset metrów do zmierzchu. Oczywiście brakuje nam pół godziny dnia i po ciemku nie możemy znaleźć wyjścia na grań. Po zimnym kiblu, zjazdy Granią Jaskółek kończą się naturalnie wypadkiem – głaz spada mi na rękę. Sam nie wiem, jakim cudem skończyło się jedynie na silnym stłuczeniu ręki, a nie złamaniu. Kiedy siedzę w helikopterze Żandarmerii i patrzę na północną ścianę Żorasów, jestem niewyobrażalnie szczęśliwy, że mnie tam już nie ma. Boję się i tej góry i tej ściany i nie chcę tam więcej wracać…

Jak tak sobie pomyślę, to może w ogóle nie napisałem prawdy na początku tego tekstu? Bo w końcu, jak zwiozło mnie śmigło, to czy można zaliczyć drogę? I czy próbowałem zrobić te cholerne Żorasy pięć razy? Każdy z tych wyjazdów to było raczej KURIOZUM, a nie próba. No i czy w mojej „rywalizacji” zdobyłem choć honorowy punkt? W końcu to ja jestem złamany i wystraszony, a nie Góra. Grandes Jorasses nawet mojej obecności nie zauważyły.

Może po prostu (w)spinacz biurowy powinien trzymać się daleko od takich ścian? W końcu nawet zdjęcia dobrego się tam podczas wspinu nie zrobi, bo słońce nie dochodzi. A jak nie ma fajnych fotek – to komu się człowiek pochwali? I kto uwierzy, że tak bohatersko było…

20100225_jorasses4

P.S. Wszystkie zdjęcia robiłem w lutym 2010 roku ;)

Edek

 
następny artykuł »