Wilde Leck – sedno klasycznego alpinizmu.

Wróciłem kilka dni temu z gór i postanowiłem coś „naskrobać”. Od kilku lat staram się wynajdywać w Alpach szczyty z zasady „upierdliwe”, trudniej dostępne ale w zamian oferujące chociaż trochę swojej pierwotności i co najważniejsze brak tłumów a wręcz przeważnie niepokojące osamotnienie. Zasadą pozostaje także to, że tzw. droga normalna pokonana może być tylko w zejściu. Tym razem naszym celem na przełomie sierpnia i września stał się Wilde Leck (3361m n.p.m.) położony w Alpach Sztubajskich.

Jest początek sierpnia.Generalnie Piotrek i ja jesteśmy spakowani ale prognozy pogody są bezlitosne. Potrzebujemy ciągu trzech w miarę słonecznych dni. Taki układ pojawia się dopiero na sam koniec sierpnia. Jedziemy.

Pierwszy dzień „lampy”. Po nocy spędzonej na campie w Huben chcemy sprawdzić naładowanie naszych akumulatorów. Po krótkim podjeździe samochodem podchodzimy do najbardziej odległego ogródka skalnego całego regionu doliny Otztal. Położony na wysokości prawie 2400m n.p.m. i posiadający wdzięczną nazwę Klein Kanada oferuje ponad dwadzieścia przepięknych dróg o trudnościach od 4 do 6a. W fantastycznej scenerii robimy dziesięć z nich. Atutem oprócz pięknej pogody jest to, ze przez cały dzień jesteśmy absolutnie sami. Towarzyszy nam jedynie potężny szum kilkusetmetrowego wodospadu po drugiej stronie doliny. Schodzimy zadowoleni z super dnia ale nasze głowy są już zaprzątnięte myślami o jutrzejszym celu głównym.

Drugi dzień „lampy”. Wstajemy o 3:30. Zostawiamy samochód w wiosce Gries (1600m n.p.m.) i grubo przed 6:00 zaczynamy podejście. Teraz jeszcze parę słów wprowadzenia o samym szczycie Wilde Leck. Po pierwsze nie ma jak zrobić mu zdjęcia. Położony jest tak , że jest to możliwe tylko z bardzo daleka lub z helikoptera. Dlatego pierwsze zdjęcie nie jest nasze (foto dzięki uprzejmości: Hermann Hammer – Images by Haneburger ) i przedstawia szczyt tak jak wchodziliśmy czyli od wschodu. Większość informacji przewodnikowych, filmowych i internetowych jest w znacznym stopniu nieaktualna lub z istotnymi błędami. W roku 2015 dotychczasowa droga normalna południową flanką została częściowo zniszczona obrywami skalnymi i ciągle coś się z niej sypie. Obecnie jest linią bez znaczenia. Nową drogą normalną została grań zachodnia o trudnościach III. Warto zajrzeć na stronę www gdzie są jeszcze inne zdjęcia oraz parę innych informacji. Po półtorej godzinie szybkiego marszu mijamy schronisko Ambergerhutte. Spotykamy kilka osób, ale po kilkunastu minutach wszyscy rozchodzą się w różnych kierunkach. Zaczynamy podchodzić pod próg doliny.

Zostajemy kompletnie sami i tak już pozostanie do końca tego dnia. Pokonujemy kolejne dwie niekończące się moreny boczne. Labirynt stworzony przez ustępujący lodowiec wytęża zmysły. Wreszcie docieramy teoretycznie do początku naszej drogi. Tylko gdzie on jest ? Początek to krucha miejscami II-kowa grzęda prawie bez śladów poprzedników. Po 200 metrach wychodzimy na grań. Skała staje się lita. Przed nami jeszcze prawie 600 m drogi. Pierwsze łatwe wyciągi przechodzimy bez asekuracji. Coraz więcej powietrza wokół i długie III-kowe ciągi trudności skłaniają nas do związania. Skupieni jesteśmy na wynajdowaniu właściwej drogi a jest to w tym przypadku niełatwe ze względu na podobieństwo formacji i trudności. Asekurujemy się bez większych problemów wyłącznie z friendów. Pojawiają się coraz trudniejsze ciągi i fantastyczna ekspozycja. Powyżej IV-kowej tarciowej płyty trafiamy nagle na spita. Jest to pierwsze „żelastwo” spotkane na drodze. Na następnych wyciągach trafiamy jeszcze na 2 spity. Ale ich rozmieszczenie wskazuje, że są raczej pozostałością po jakiejś akcji. Kolejny solidny wyciąg i wreszcie szczyt z iście pancernym krzyżem.

Przez chwilę „cieszymy” wzrok wspaniałą panoramą. Czas jednak pogania. Po chwili okazuje się (co nas bardzo cieszy), że nowa droga normalna jest oznakowana. Nie zmienia to faktu, że jest zawiła i faktycznie III-kowa. Co chwilę mijamy kolejne spity i stanowiska zjazdowe. Dochodzimy do przełęczy trochę łatwiejszym ale kruchym terenem. Dalej żebrem skalnym ostro w dół. Serie spitów ułatwiają zadanie. Nagle czerwone kropy znikają a dalszych plakietek nie widać. Zapewne jest to efekt jakiejś lawiny kamiennej i „kropki” leżą gdzieś w dole. Zjeżdżamy na czuja, trawersujemy żebro i wreszcie trafiamy na kolejne spity. Ostatni zjazd i jeszcze tylko kilkaset metrów w dół skalnym rumoszem. Dalej tylko niekończące się dwie moreny i próg doliny. W ciemnościach mijamy z boku schronisko i do samochodu dochodzimy po 23:00. To był przepiękny aczkolwiek intensywny dzień.

Trzeci dzień „lampy”. Budzimy się w godzinach południowych. Pogoda już nie jest „lampą” i bardziej zanosi się na deszcz niż słońce. Ciało przypomina o wczorajszym dniu ale twardo decydujemy, że wypada jeszcze dziś coś zrobić. Jedziemy więc na nową w regionie ferratę o pełnej wycenie E. Między innymi ciąg kilkudziesięciu metrów w mocnym przewieszeniu pozwala nam znowu zapomnieć o całym świecie. Wieczorem już niestety pada.

Pozdrawiam i serdecznie polecam „odkrywanie” podobnych szczytów.
Wojtek Sobczyński

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.