Znowu w Dolomitach czyli kolejny tydzień w skiturowym raju.

Za nami fantastyczny wyjazd. Początek to dwa dni przeczekiwania mgły , obfitych opadów śniegu i silnego wiatru. „Przeczekiwanie” w naszym przypadku oznaczało jednak ostre śmiganie na wyjątkowo pustych trasach zjazdowych. Później (pomimo solidnej lawinowej trójki trwającej zresztą przez cały tydzień) nastąpił bardzo dobry okres pogody. W takich warunkach musieliśmy zacząć od północnych zboczy Marmolady. Inna opcja nie wchodziła w grę. Puch, puch i jeszcze raz puch.

W euforii pływania w dziewiczym głębokim śniegu zwyczajnie nie chciało nam się robić zdjęć więc z tego dnia niestety ich brak. Freeridowy amok jednak się skończył wraz z ogromną ilością pojawiających się nowych śladów. Po prostu wszyscy „z branży” przy takich warunkach musieli tu być.

W następne dni działaliśmy już głównie w masywie Sella gdzie udało nam się zjechać wieloma trudnymi formacjami i żlebami. Trudności większości naszych zjazdów oscylowała między 4.1 E2 a 5.1 AD EXP3. Wszystkich oczywiście nie będę opisywał, wspomnę tylko te wyjątkowe (nie tylko ze względu na ich trudności ale przede wszystkim wrażenia „estetyczne”).

W pamięci głównie utknęła nam przepiękna i zróżnicowana linia zjazdu o dość długiej nazwie Dalla Val Litres al Bosch Borest (4.1 EXP2 OSA45o 1000m) o północnej wystawie. Przywitał nas stromy, techniczny i przepiękny początek. Później długo lawirowaliśmy w łatwym ale nie ewidentnym terenie. Dalej czekało nas mocno powietrzne przewinięcie (asekuracja) do wąskiego żlebiku z którego po kilkudziesięciu metrach wytrawersowaliśmy do żlebu głównego. Cały czas towarzyszyły nam wyśmienite warunki śniegowe i zapierające dech doznania. Później zaczęło się już piętro stromego lasu i po następnych 200-300 metrach osiągnęliśmy koniec zjazdu. Musimy tu jeszcze kiedyś wrócić bo istnieje jeszcze inny wariant środkowej części tej linii prowadzący przez żleb Sasso Incastrato (OSA 50 o).

Następnym zjazdem, który zapadł w naszych głowach jest rzadko powtarzany Canale del Kostner di destra (4.2 EXP2 OSA45 o 950m). Wycena ta dotyczy normalnego przebiegu drogi. Natomiast raz na kilka sezonów przy dużym naśnieżeniu tworzą się warunki umożliwiające przedłużenie tej linii od góry o zjazd bardzo stromą ścianką bezpośrednio z turni na lewo od żlebu i dalej do niego. Po gonitwie myśli decydujemy się na taką trudniejszą wersję. Wystawa południowo-wschodnia powoduje, że warunki śniegowe są trudne. Początek jest mega czujny ze względu na twardy śnieg, sprasowany przez wiatr i na tyle stromy że żleb poniżej jest całkowicie niewidoczny. Towarzyszą nam duże emocje bo nie ma pola na żaden błąd. Po wjechaniu w żleb główny jest trochę mniej stromo ale dalej emocjonująco. Na samym dole z radością „dochodzimy” do siebie. Nasze ślady są jedyne, dobrze widoczne i robiące wrażenie (nie tylko na nas samych). O dziwo tak pozostało przez najbliższe dni co sprawiło nam mnóstwo satysfakcji.

Wspomnę jeszcze o jednym wyjątkowo monumentalnym ze względu na przytłaczającą scenerię zjeździe – Canale Holzer (5.1 PD+ EXP2 OSA50 o 1235m). Warunki jakie zastaliśmy w tym żlebie były wyjątkowo dobre. Śniegu było tyle , że po dotarciu do stanowiska zjazdowego w środkowej części kuluaru okazało się że lodopad który się tam tworzy miał zaledwie parę a nie kilkanaście metrów wysokości jak zazwyczaj. Także dolna 300 metrowa rynna wyprowadzająca z całej doliny Val Lasties była możliwa do zjazdu od samej góry i to w super puchu co nie zdarza się tutaj często. O innych zjazdach nie będę już pisał szczegółowo. Są na zdjęciach.

W czasie tego wyjazdu miałem dużą nadzieję na zjazd linią Antermoia (wschodnia Marmolada Punta Serauta trudności 4.2 PD EXP3 1250m). Od kilku sezonów było to niemożliwe ze względu na zbyt małą ilość śniegu. Paradoksalnie teraz było go za dużo i ryzyko związane z lawinami musiało skreślić go z naszej listy. Mieliśmy też dużą chrapkę na północną ścianę Cima Padon ( 4.3 PD EXP3 970m). Tutaj także zwyciężył zdrowy rozsądek poparty zresztą widokiem samoistnej lawiny w dolnej części tego zjazdu. Przecież i tak tu wrócimy. Nie może być inaczej bo do raju zawsze się wraca.

W ostatnim dniu na koniec pracowitego tygodnia postanowiliśmy jeszcze „włoić” najsłynniejszą pizzę w Dolomitach serwowaną w Rifugio Bec De Roces. Wycena najwyższa. To była idealna kropeczka nad i.

Skiturowe pozdrowienia dla wszystkich.
Wojtek Sobczyński

Możliwość komentowania jest wyłączona.